Dlaczego Rafter, kiedyś tenisowy numer 1, mógł mieć żonę wyłącznie z Australii


Dlaczego Rafter, kiedyś tenisowy numer 1, mógł mieć żonę wyłącznie z Australii
Pat Rafter był numerem 1 światowego tenisa. Wygrywał turnieje wielkiego szlema. Grał przeciwko Polsce w Pucharze Davisa. Sporo wie o naszych zawodnikach. W jego domu nie rozmawia się jednak w ogóle o tenisie. Pat woli surfing. Nam opowiada m.in o tym, dlaczego jego żoną mogła zostać wyłącznie Australijka Kobiety (choć nie wszystkie) lubią, kiedy mężczyznę otacza mgiełka tajemnicy. Dla tego jednego, acz wyjątkowego spojrzenia dżentelmena ze stanu Queensland – Pata Raftera – panie gotowe byłyby przypalić kotleta i zrezygnować z wizyty u kosmetyczki. Sekret, niedopowiedzenie jak u Asnyka, ukradkowe zerknięcie na włosy… Rafter wie, że jest uwodzicielski. Budzi uśpione demony i zamienia stateczne damy w wulkany namiętności.   Nie uważa, że był wybitnym tenisistą. Nie uznaje siebie za wielki tenisowy talent. Wcale nie zachwyca się dwukrotnym mistrzostwem US Open w singlu (1997 i 1998) i dwoma finałami u zbiegu ulic Somerset Road i Church Road (2000 i 2001). Wimbledon i US Open to piękna, acz lekko przykurzona karta historii. Znacznie bardziej w pamięci Raftera zapadł finał gry podwójnej Australian Open w 1999 roku. Dlaczego? Wtedy na Rod Laver Arena panował niezwykły tumult, a ten cudowny kort centralny w Melbourne Park zamienił się w górę kipiącą emocjami. Pat wspomina, że wówczas czuł się prawie jakby wspinał się na Górę Kościuszki. I po trosze jak spadkobierca tradycji wojowniczego plemienia Kalkatungu, które przed wiekami zamieszkiwało okolice jego rodzinnego miasteczka – Mount Isa… Aż do momentu, gdy nie nadciągnęły blade twarze z Europy… On i Szwed Jonas Bjorkman, a po drugiej stronie sieci magiczni Hindusi: Mahesh Bhupathi i Leander Paes. Pięć setów (6-3, 4-6, 6-4, 6-7, 6-4), rozemocjonowana publiczność i tytuł dla pary: Rafter – Bjorkman. Pata uwielbiają fani tenisa na całym świecie, ale on nie mógłby sobie złowić pięknej panny z Argentyny, Fidżi, Kambodży, Czech czy Węgier. Dlaczegóż to? Jego słynny cytat brzmi: „Muszę mieć żonę Australijkę. Tylko one rozumieją bezczelność mężczyzn urodzonych w Australii”. Ot, mądre słowa człowieka urodzonego na pustkowiu, wśród górników, w wielodzietnej rodzinie (Pat ma ośmioro rodzeństwa), a dziś żyjącego o włos od fal oceanu w sennej wiosce Lennox Head u boku, a jakże Australijki… - Lary Feltham. Stan Queensland, trudno o piękniejsze miejsce do zamieszkania… Pat dodaje z mrugnięciem oka, że z tą ogólnoświatową histerią na jego widok to gruba przesada. „Moi rodacy mają mi za złe, że przez wiele lat mieszkałem na Bermudach. Chodzi o kwestie podatkowe. Nikt nie lubi oddawać zbyt wielu pieniędzy fiskusowi, a naród australijski protestował, bo uważano, że nie należy mi się tytuł "Australijczyka roku 2002", skoro unikam płacenia gigantycznych podatków. Samo życie…” – rzuca były nr 1 światowego tenisa. 26 lipca 1999 roku nie było na świecie lepszego tenisisty od Pata Raftera… Pat radował się mianem numeru 1 przez tydzień… Po 7 dniach opuścił fotel lidera rankingu ATP na rzecz Amerykanina Pete’a Samprasa.    Jednak nawet ci, którzy widzieli w nim potomka XIX-wiecznych zesłańców (convicts) i spryciarza od unikania płacenia wysokich podatków, nie protestowali, kiedy w upalną sobotę 26 stycznia 2008 roku Pat Rafter został zaliczony w poczet tenisowych bogów. Ceremonia miała miejsce podczas Australia Day – narodowego święta Australijczyków upamiętniającego przybycie Pierwszej Floty brytyjskiej do Port Jackson (26 stycznia 1788 roku). Na Rod Laver Arena, przy burzy oklasków, Pat Rafter odsłonił odlane z brązu popiersie. Do dziś spogląda on na fanów tenisa z perspektywy uroczego ogrodu – Garden Square mieszczącego się w sercu Melbourne Park… Co bardziej odważniejsi kibice zakładają Patowi okulary przeciwsłoneczne, częstują go doskonałym winem w plastikowym kubeczku tudzież otulają go pulowerem…     Czy istnieje mecz, który odbija się legendarnemu Patowi czkawką? Owszem. Starcie z Francją, która pokonała Australię w finale Pucharu Dwighta Davisa na przełomie listopada i grudnia w 2001 roku. Wówczas na trawiastym korcie w Melbourne Park, Francja wygrała z Australią 3-2, a w ekipie, której kapitanem był John Fitzgerald, grał… Pat Rafter. Pat wyrównał na 1-1 pokonując Sebastiena Grosjeana, ale w deblu duet: Lleyton Hewitt – Pat Rafter uległ w czterech setach parze: Cedric Pioline – Fabrice Santoro. W niedzielę Hewitt wyrównał na 2-2, ale kontuzja barku jakiej doznał Rafter wyłączyła go z gry w meczu o wszystko. Zastępujący Pata, Wayne Arthurs przegrał z Nicolasem Escude i trójkolorowi zdobyli Puchar Davisa…   Tomasz Lorek: Przechowujesz w domu taśmy video z zapisem swoich najważniejszych tenisowych pojedynków? Nie ma mowy o tenisie w naszym domu. Fale oceanu, plaża, spokój, żarty, bieżące rachunki za prąd i telefon, dobry krykiet w telewizji, ewentualnie futbol australijski, barbecue, piwo… W domowym archiwum nie ma ani jednej kasety video związanej tematycznie z tenisem. To zdrowe podejście. Nie chcę karmić mojej familii tym czym zajmowałem się w przeszłości. A gdy pełniłeś rolę kapitana reprezentacji Australii w Pucharze Davisa (od meczu z Chinami w lipcu 2011 roku po starcie z Uzbekistanem we wrześniu 2014 roku), to pokazywałeś wyborne akcje przy siatce swoim podopiecznym? Mówiłeś im: słuchajcie, mam korzystny bilans spotkań z Rogerem Federerem (3-0), a pokonałem go na trawie, ziemi i na twardej nawierzchni, więc nikt nie podskoczy Australii?   Nie. Moi zawodnicy byli tak przepojeni chęcią gry dla Australii, że nie potrzeba było im pokazywać żadnych filmików z okresu świetności naszego tenisa. Wystarczyła mądra strategia i przemyślany plan przygotowań. Pamiętam, że przed wyjazdowym meczem z Polską we wrześniu 2013 roku trenowaliśmy w Monachium. Graliśmy na kortach ziemnych, ćwiczyliśmy rozmaite warianty. Mieliśmy wówczas w kadrze prawdziwy diament w osobie Nicka Kyrgiosa, a ponadto króla motywacji – Lleytona Hewitta (z którym Rafter zagrał w deblu podczas Aussie Open’2014) i wybitnego fachowca – Tony’ego Roche’a (mistrza Roland Garros w singlu w 1966 roku).   Australijscy sportowcy słyną z gigantycznej determinacji i żelaznej woli walki. Jesteście jedyną nacją na świecie, która w finale Pucharu Davisa przechyliła szalę na swoją korzyść, choć przegrywaliście już 0-2 (1939 rok, mecz Australia – USA). Zawsze walczycie do końca. Czy trzeba urodzić się na pustkowiu, z dala od ludzkich siedzib, aby czarować niezłomną wiarą w zwycięstwo? Jest w tym ziarenko prawdy. Od małego jesteśmy wychowywani w duchu sportowej rywalizacji. Wpaja się nam, ludziom żyjącym w Down Under, że należy walczyć uczciwie, ale nigdy nie wolno się poddawać. Zostaw serce na korcie, a będziesz zwycięzcą i zdobędziesz uznanie publiczności, choćbyś przegrał mecz. Myślę, że jesteśmy też ofiarami pewnego stereotypu. Wcale nie trzeba urodzić się w Australii, aby być wybitnym sportowcem. Starsze pokolenie australijskich tenisistów przebyło koszmarną drogę do sukcesu. Rod Laver, Roy Emerson, Tony Roche, John Newcombe, Ken Rosewall, Lew Hoad, Ashley Cooper, Frank Sedgman – ci tenisiści nie chcieli nikogo zawieść. Dawali z siebie wszystko na korcie. Współczesna generacja ma więcej luzu. Mnie czasami mierzi zachowanie czy język młodych ludzi, ale szanuję odmienność. Nie mówię, że Bernie Tomic, Thanasi Kokkinakis, Alex de Minaur czy Marinko Matosević coś robią źle. Mają inny pomysł na siebie. W tej materii różnią się ode mnie czy od Lleytona Hewitta.  Legenda holenderskiego tenisa, były znakomity deblista – Jacco Folkert Eltingh – czuje podskórnie, że wkrótce do łask powróci styl serve & volley. Piękne słowa, ale czy ty jako król stylu serve & volley widzisz realne szanse na powrót do tego magicznego okresu w tenisie? Tak naprawdę wiele zależy od myśli trenerskiej. Uważam, że młodym smykom oprócz elementów zabawy warto zaszczepiać styl serve & volley. To urozmaici ich wachlarz uderzeń. Oczywiście, byłbym ostrożny wprowadzając ponownie ten styl na salony, bo współczesna technologia nie bardzo pozwala na forsowanie serve&volley. Nie można uczyć tego starych wyjadaczy takich, jak dwukrotny mistrz olimpijski w singlu – Andy Murray. Nie wyobrażam sobie, aby Jamie Delgado czy w przeszłości Ivan Lendl namawiali Murraya do częstego chodzenia do siatki po serwisie. Dziś baseline i gra z tyłu to podstawowy element tenisa. Serve& olley wymaga ogromnego poświęcenia nie tylko od adepta, ale i od trenera. Mimo wszystko warto być wszechstronnym, różnorodność buduje ciekawość… Co sądzisz o sile reprezentacji Polski? Zbyt rzadko oglądam Polaków w akcji, abym mógł coś konkretnego powiedzieć na ten temat. Przed laty bardzo podobała mi się gra Michała Przysiężnego. Gołym okiem było widać, że posiadał spory talent, ładnie pracował nadgarstkiem, pięknie grał jednoręcznym bekhendem. Przyglądałem mu się uważnie w Warszawie przed meczem Pucharu Davisa (wrzesień 2013). Jest tylko jedno małe ale… Co innego robić solidne wrażenie na treningu, a czymś innym jest sprawdzić się w warunkach bojowych. Mecz weryfikuje wartość tenisisty. Z drugiej strony wiem, że dziś świat tenisa zachwyca się kunsztem Pierre-Hugues Herberta, ale zanim Herbert zaczął wygrywać turnieje Wielkiego Szlema z Nicolasem Mahut (US Open 2015, Wimbledon 2016, Roland Garros 2018), to Michał Przysiężny odkrył jego deblowy talent wygrywając turniej w Tokio (2014) … Łukasz Kubot? Niezwykły wojownik i wielki mistrz. Nie sądzę, że Łukasz kocha grać na kortach ziemnych, ale to tenisista, który lubi mieszać, potrafi zachwycić minięciem z głębi kortu i wie, jak zakończyć akcję dobrym wolejem. Pofantazjujmy, Pat. Załóżmy, że po erze Wally’ego Masura i Lleytona Hewitta ponownie obejmujesz funkcję kapitana reprezentacji Australii. Czy gdybyś miał rozegrać mecz z Polską, wybrałbyś leżące na pustkowiu urocze miasteczko Coober Pedy, stolicę wydobycia opali i korty trawiaste, czy zaświtałby ci w głowie inny pomysł? Jestem zadowolony, że nie muszę dokonywać takiego wyboru. To byłby intrygujący scenariusz dla Australii, gdybyśmy byli gospodarzami meczu. Pewnie postawiłbym na trawę. Myślę, że Lleyton czułby się na trawie jak ryba w wodzie. Mieszkasz nieopodal Chrisa Vermeulena, dawnej gwiazdy wyścigów superbikes. Przed laty podziwiałeś popisy Micka Doohana (pięciokrotnego mistrza świata w wyścigach szosowych) i Casey Stonera (dwukrotnego mistrza świata w Moto GP). Skąd miłość do sportów motorowych? Uwielbiam sport. Lubię ogień rywalizacji. Mam ogromny szacunek dla wszystkich sportowców. Wiem, ile trudu kosztuje uprawianie jakiejkolwiek dyscypliny na profesjonalnym poziomie. Chris jest moim sąsiadem na wschodnim wybrzeżu Australii. Motocykliści to porządni ludzie. Nawet kiedy są na szczycie, imponują skromnością i niebanalną wyobraźnią. Czuję się znakomicie w ich towarzystwie. Oni udowadniają, że można być mistrzem nie mając wagonu z banknotami.  Nie żałujesz, że przeniosłeś się z żoną na wybrzeże? Nie. Uwielbiam plażę, surfing. Dziś nie mógłbym się oswoić z myślą, że mam wracać, aby osiąść w rodzinnym Mount Isa. Nie lubisz swojskiego, spokojnego życia na outbacku? Sielanka, muchy, Aborygeni, dookoła morze piasku… Muchy i Aborygeni to powód, aby wracać do Mount Isa – zażartował Rafter. Pat, czy w ramach relaksu grywasz na prastarym instrumencie Aborygenów – didgeridoo?  Nie (serdeczny śmiech Pata). Bardzo lubię dźwięki wydobywane z didgeridoo. Marzę, aby sprawdzić swoje umiejętności w tej materii. Gra na didgeridoo nie jest taka prosta. Biali mają z tym ogromne kłopoty. Nie nazywam się David Hudson, który jest mistrzem gry na didgeridoo. Cała Australia go podziwia… Tak jak Australijczycy po dziś dzień podziwiają Pata Raftera. W 1997 roku Arthur Ashe Humanitarian Award powędrowała w ręce Nelsona Mandeli. W 1998 roku Pat Rafter otrzymał to wyróżnienie. Rok wcześniej Rafter zdobył inną cenną nagrodę: Stefan Edberg Sportsmanship Award. A w 1993 roku Pat otrzymał miano Newcomer of the Year (w 2013 roku nazwę zmieniono na ATP Star of Tomorrow). Nade wszystko Rafter jest jednak porządnym człowiekiem…