Dzień bez Smoleńska [OPINIA]


Dzień bez Smoleńska [OPINIA]

Jerzy Kalina „był” wybitnym rzeźbiarzem, dopóki nie okazało się, ze pomnik jego autorstwa upamiętni katastrofę smoleńską. Jarosław Marek Rymkiewicz „był” jednym z najwybitniejszych żyjących polskich poetów, dopóki po katastrofie 10 kwietnia 2010 r. nie napisał wiersza poświęconego Polsce po tej tragedii („Do Jarosława Kaczyńskiego”). Śp. Antoni Krauze „był” wybitnym reżyserem, do momentu, gdy nie nakręcił „Smoleńska”. Wymieniać tych, którzy stracili w oczach rozdających „certyfikaty wybitności” można dużo więcej.

Znamy plan obchodów ósmej rocznicy katastrofy smoleńskiej

10 kwietnia w rocznicę katastrofy smoleńskiej w Warszawie zaplanowano państwowe obchody, uroczystości przygotował też stołeczny ratusz –...

zobacz więcej

Oczywiście wszystkie te „certyfikaty” są warte funta kłaków, podobnie jak ich bezceremonialne odbieranie. Cała sprawa pokazuje jednak mechanizm ciskania anatemy na tych Polaków, którzy mieli czelność zabierać głos inny niż narzucany przez chór mędrców III RP. Chór, który w zasadzie od pierwszych dni po tragedii smoleńskiej postanowił narzucić obowiązującą narrację, przekształconą później we front „przemysłu pogardy” wobec ofiar i tych, którzy upominali się o pamięć. Pamięć jest zawodna, więc warto przypomnieć, cóż takiego doprowadziło nas do takiej sytuacji. Bo jeśli tak postąpiono z twórcami mającymi niewątpliwe zasługi dla polskiej kultury, ludźmi ze świecznika, którzy uznali, że nie mogą być obojętni wobec tego, co spotkało nasz kraj osiem lat temu, trudno się dziwić, że udało się skutecznie „uciszyć” miliony Polaków.

Poszli na noże

Gdy przeciętny Kowalski zobaczył, że w sposób bezceremonialny można obchodzić się dosłownie z każdym, kto śmiał kwestionować narrację „chóru mędrców”, często wolał wybrać milczenie, a w skrajnych przypadkach przyłączał się do „chóru”. To jest właśnie geneza tzw. „posmoleńskiej wojny polsko – polskiej”. Szantaż, groźba wyrzucenia na margines debaty, wrzucenie do worka z etykietą „oszołom”. Ta metoda niestety sprawdzała się przez lata. Gdyby nie bezkompromisowość garstki ludzi – od Klubów „Gazety Polskiej”, przez środowisko polityczne śp. Prezydenta, niegodzące się na taki stan rzeczy, do zwykłych Polaków, którzy nie dali się zaszantażować, dziś pamięć po Smoleńsku sprowadzona byłaby do jałowego pomnika na Powązkach Wojskowych i nielicznych tablic w mało reprezentacyjnych miejscach. Gdyby nie spontaniczne inicjatywy jak Solidarni 2010, Ruch 10 kwietnia czy Harcerska inicjatywa „Polsce i bliźnim”, gdyby nie kolejne miesięcznice…

Ale walka z pamięcią o ofiarach nie rozpoczęła się od razu po katastrofie. Przynajmniej nie oficjalnie. Jakże powszechne było zaskoczenie, gdy w kwietniu 2010 r. popularne tygodniki publikowały nieznane dotąd fotografie prezydenckiej pary, na których śp. Lech Kaczyński wraz z małżonką byli pokazani w innych sytuacjach niż dzierżąca reklamówkę prezydentowa, lub prezydent z szalikiem Polski, trzymanym do góry nogami. Do dziś nie wiem, czym było to spowodowane. Doświadczenie każe mi jednak sądzić, że była to zwykła marketingowa kalkulacja, wedle której owe zdjęcia miały „sprzedać” gazety. Tę teorię potwierdza niestety późniejsze „przestawienie” wajchy w mediach ówczesnego „głównego nurtu”.

Bo dość prędko ówczesne władze, (a za nimi media) postanowiły „iść na zwarcie”, w kwestii tego, co ma zostać z atmosfery żałoby i refleksji nad 10 kwietnia. I znów - czy było to spowodowane przestrachem, że na fali współczucia i refleksji, że może źle oceniano Lecha Kaczyńskiego, jego środowisko, które miało „wyginąć jak dinozaury” (Donald Tusk, marzec 2010), może jednak podnieść się po tym krwawym ciosie?

Piotr Walentynowicz: po katastrofie telefon mojej babci działał, ale nikt go nie odbierał

– Nadzieja, że babcia żyje trwała bardzo długo, ponieważ dzwoniąc do niej telefon działał. Telefon działał, ale nikt go nie odbierał, więc...

zobacz więcej

Nigdy się nie dowiemy, czy dlaczego ówczesne władze zrezygnowały z godnego upamiętnienia tragedii, wybierając zaognienie konfliktu. Dlaczego Donald Tusk i jego otoczenie postanowili pójść „na noże”? Bo to, że była to decyzja polityczna, nie ulega wątpliwości. Pierwszą falę agresji wywołała decyzja o tym, by pochować tragicznie zmarłego prezydenta na Wawelu w Krakowie. Z miejsca pojawiła się narracja, jakoby prezydent Kaczyński nie był „godny królów”. O co dokładnie chodziło, nie wiadomo – wszak nikt przed 10 kwietnia nie kwestionował faktu, że leży tam choćby Michał Korybut Wiśniowiecki, którego zasługi dla Rzeczpospolitej są dalece mniejsze niż Lecha Kaczyńskiego. To samo działo się później niemal wszędzie, gdzie proponowano nazwać imieniem prezydenta skwer lub placyk. „Co miał wspólnego z naszą miejscowością?” – pytali retorycznie „anonimowi internauci” i lokalni politycy z miast i wiosek. Jakby fakt bycia prezydentem RP nie wystarczał.

Szambo wybiło

To wystarczyło jednak, by po raz pierwszy rozhuśtać emocje do granic możliwości, a pod krakowskim Pałacem Biskupim pojawili się pierwsi rechociarze, którzy z makietą trumny na ramionach walczyli o „dobre imię wawelskiego wzgórza”. Niecały miesiąc po katastrofie już oficjalnie drwiono z żałobników („- To są maniery Mao Tse-Tunga: kandydat na prezydenta w czerniach, pani też cały czas w żałobie” - powiedział w maju 2010 Kazimierz Kutz do Elżbiety Jakubiak w programie „Fakty po faktach”). Jednocześnie policzkiem dla Polaków było to, gdy 6 maja 2010 r. Bronisław Komorowski odznaczył 20 obywateli Federacji Rosyjskiej Krzyżem Oficerskiem Orderu Odrodzenia Polski, „za wybitne zasługi i zaangażowanie po katastrofie”. Lub gdy w czerwcu 2010 r. Paweł Graś, ówczesny rzecznik rządu po rosyjsku jednocześnie przepraszał i dziękował funkcjonariuszom OMON-u. Jednocześnie (październik 2010 r.) w śmietnik poszło ponad 300 tys. podpisów pod petycją w sprawie powołania międzynarodowej komisji do zbadania przyczyn katastrofy, którą do władz skierowało Stowarzyszenie Rodzin Katyń 2010.

Ale stało się coś jeszcze. Narracja o katastrofie została niemal całkowicie „oddana” w ręce tych, którzy w najlepszym razie chcieli sprawę wyciszyć, ośmieszyć i „pochować w srebrnej szkatułce niewinnych pamiątek”. W kampanii wyborczej przed przyspieszonymi wyborami prezydenckimi, w których zmierzyli się Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński, doradcy tego drugiego świadomie zrezygnowali z poruszania zagadnień dotyczących tragedii. To, co z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się wręcz nieprawdopodobne, zostało wówczas przyjęte niemal „na miękko”. Wszystko za sprawą szantażu moralnego, wedle którego podnoszenie sprawy Smoleńska (której wybory były przecież efektem!) oznaczałoby „upolitycznienie tragedii” i „grę trumnami”, tak jakby niewyjaśniona śmierć prezydenta wraz z delegacją nie była wydarzeniem politycznym. W zamian ówcześni doradcy polityczni Kaczyńskiego, na czele z Markiem Migalskim, Pawłem Poncyliuszem i Joanną Kluzik – Rostowską proponowali egzotyczne pomysły, jak przebieranie się za hippisów. Dość powiedzieć, że temat 10 kwietnia w zasadzie wcale nie pojawił się podczas dwóch debat pomiędzy głównymi kandydatami. Jednocześnie z hasłem wyborczym Bronisława Komorowskiego „zgoda buduje” trwały ciągłe ekscesy w wykonaniu odesłanego na ten odcinek Janusza Palikota. Przestawiany jako „enfant terrible” Platformy polityk bezustannie prowokował Kaczyńskiego i ku uciesze mediów drwił z katastrofy. Już nie trzeba było pokazywać pięknych zdjęć.

Uroczysty pokaz „Smoleńska”. Duda, Szydło i Kaczyński gośćmi premiery filmu

Uroczysta premiera filmu „Smoleńsk”, w reżyserii Antoniego Krauzego, odbywa się w Teatrze Wielkim w Warszawie. Biorą w niej udział, m.in....

zobacz więcej

Podżegacze wojenni

To teza nie do sfalsyfikowania, ale trudno nie oprzeć się wrażeniu, że tamten brak stanowczego postawienia kwestii wyjaśnienia katastrofy i upamiętnienia jej ofiar nie tylko pozwoliły środowisku Platformy na przyjęcie narracji spychającej środowisko domagające się prawdy o Smoleńsku na margines debaty, ale doprowadziły do trwałego zmarginalizowania jej, jako „tematu dla frustratów”. Jeśli dodać do tego medialną omertę nad kłamstwami komisji MAK, Millera czy wreszcie Laska, przepraszanie i honorowanie Rosjan za „zaangażowanie”, czy niewypowiedzianą wprost przestrogę by „nie zajmować się Smoleńskiem, bo to niebezpieczne”, nie sposób nie widzieć ciągu przyczynowo – skutkowego.

Opinia publiczna dostawała kolejne ciosy między oczy, jak wówczas, gdy pojawiły się tragiczne zdjęcia ofiar, lub kłamstwa, mówiące o „pijanym Błasiku” i „debeściakach”, mających lądować za wszelką cenę przy jednoczesnym bagatelizowaniu rosyjskich kłamstw. Wszystkiemu towarzyszyła żenująca przepychanka, porównywanie pomnika światła do nazistowskich iluminacji, proponowanie, by upamiętnienia katastrofy dokonać na skwerku przy pętli autobusowej na tyłach Krakowskiego Przedmieścia, czy ostatnie zapowiedzi „demontażu” powstałego już pomnika autorstwa Jerzego Kaliny. Owszem, nie pomogło publikowanie kolejnych niesprawdzonych informacji na temat przyczyn katastrofy, jednak wina za to spada na ówczesne władze skutecznie torpedujące jej wyjaśnianie. Zdarzało się formułować błędne teorie i ulegać emocjom, ale brak dostępu do wielu danych znanych prokuraturze czy śledczym skazywał na błądzenie po omacku. Antoni Macierewicz dokonał cudu, że w smoleńskiej mgle odnalazł tyle śladów i dowodów na to, ze FSB z Tatianą Anodiną na czele nie mówią nam prawdy. Inną kwestią jest rola hybrydowej dezinformacji, która musi doczekać się osobnego opracowania.

Niegodzący się z tym, zostali zamknięci w worku z „oszołomami”. Byli skazani na walkę nie tylko o godne upamiętnienie ofiar, ale i na starcie ze wspomnianym przemysłem medialno – politycznym. Przecież to nikt inny, jak Bronisław Komorowski niesiony na fali zwycięstwa w wyborach rzucił w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” (10 lipca 2010 r.) pomysł usunięcia krzyża, postawionego tam spontanicznie tuż po katastrofie. Komorowski nie zdobył się jednocześnie na to, by w jakikolwiek godny sposób upamiętnić ofiary katastrofy. Kampanijne hasło „zgoda buduje” odeszło do lamusa, a pod krzyżem doszło do gorszących wydarzeń, podgrzewanych przez środowisko polityczno – medialne Platformy Obywatelskiej. Cóż, minęło już osiem lat, więc mało kto pamięta, że ludzie pokroju organizującego tę hucpę Dominika Tarasa byli celebrytami, których traktowano, jako pełnoprawnych uczestników debaty publicznej jedynie z tego powodu, że atakowali modlących i domagających się upamiętnienia ofiar ludzi. Dodajmy do tego wciąż niewyjaśnioną rolę ludzi w typie Andrzeja Hadacza, ku uciesze mediów i internetu kompromitującego modlących.

„Należy rozliczyć tych, którzy zaniedbali obowiązki i nie doprowadzili do sekcji ciał w Polsce”

– Myślę, że do tych kłamstw już wszyscy przywykliśmy. Wiemy, że taki zakaz był. Chciałam zwrócić uwagę na coś zupełnie innego. Nie chodziło o to,...

zobacz więcej

Czucie i wiara

Z tych ostatnich robiono pośmiewisko przez lata. Z tych, którzy w swoich małych ojczyznach upamiętniali ofiary tragedii tak, jak umieli – stawiając doraźne pomniki, manifestując żałobę i nie godząc się na szkalowanie prezydenta, generałów, i kłamstwa, którymi zapełniły się media. Te same media, które jeszcze przed chwilą publikowały nieznane dotąd zdjęcia prezydenckiej pary, licząc na grosze wydawane w żałobnym odruchu.

Czy pamiętacie państwo o takiej inicjatywie jak „dzień bez Smoleńska”? Był to rzekomo spontaniczny odruch, w ramach którego internauci domagali się, by w mediach przez jeden dzień nie mówiono o katastrofie. Miał on przypaść na 3 lutego 2011 roku. – Celem tej inicjatywy jest wytchnienie, pokazanie, że w Polsce powinno być miejsce również dla ludzi, którzy chcą żyć w spokoju, bez ciągłej żałoby i awantury. Choćby przez jeden dzień. – pisali w komunikacie autorzy inicjatywy. Ten szantaż moralny miał na celu to, co zawsze – dowieść, że kto mówi o Smoleńsku, „nie chce normalności i spokoju”. O tym, że jest dokładnie odwrotnie, – że bez wyjaśnienia tragedii i doprowadzenia do końca śledztwa, bez upamiętnienia ofiar, nie ma mowy o „zamknięciu sprawy” mówiono w kategoriach choroby psychicznej. Zresztą i dziś tak się mówi.

Sztandary rechociarzy się zmieniały – od menażerii Tarasa, którą w książce „Ukryty” opisał Bronisław Wildstein, przez ostatecznie dziś skompromitowanego Mateusza Kijowskiego, do którego w pewnym momencie przykleiło się całe środowisko dzisiejszej opozycji, do „Obywateli RP”. Dziś nie ma już po nich śladu. Została refleksja nad tym, co wydarzyło się przez ostatnie osiem lat. To jest regularna walka – jak Polska długa i szeroka byliśmy świadkami stawiania i niszczenia upamiętnień, „spontanicznych” protestów przeciwko nim, wreszcie dokonanego przez fanatyka mordu politycznego w łódzkim biurze Prawa i Sprawiedliwości. Mordu, którego nie sposób nie wiązać z atmosferą, jaką skutecznie stworzono, zapominając, że wszak „zgoda buduje”.

Do dziś jesteśmy zresztą świadkami gorszących scen jak ostatnia, piątkowa (6 kwietnia 2018 r.) hucpa w wykonaniu – a jakże – polityczno - medialnego chóru rechociarzy, gdy zapowiedź odsłonięcia w hallu przy głównym wejściu do Sejmu tablicy upamiętniającej prezydenta Lecha Kaczyńskiego określono „brakiem proporcji” (S. Neumann) czy „pomysłem zgubnym” (T. Lis).

Nijak się nie znam na poezji i architekturze by oceniać wiersz Rymkiewicza, czy pomnik Kaliny. Nie jestem filmoznawcą by publicznie oceniać wartość filmu Krauzego. Nie badałem socjologicznymi narzędziami zantagonizowanych grup. Nie trzeba jednak doktoryzować się z żadnej z tych dziedzin, by obserwując to, co działo się przez ostatnie osiem lat dojść do wniosku, że toczy się walka o pamięć największej tragedii narodowej od czasu II wojny światowej.

I więcej dla mnie znaczy postawiony z trudem pomnik, czy nawet tupolew ze styropianu, dzierżony przez pątnika z miesięcznicy niż pisane na prędce po katastrofie egzaltowane analizy, mówiące, że szczery odruch tego ostatniego to „triumf Tanatosa” i „cudowne spełnienie zbiorowego popędu śmierci” (Agata Bielik-Robson, 16 kwietnia 2010). A „dzień bez Smoleńska”? Cóż, dopóki nie znamy przyczyn katastrofy, dopóki wrak rządowego tupolewa i czarne skrzynki kurzą się w Moskwie, dopóki bliscy ofiar nie są pewni, kogo pochowali, nie może być o tym mowy.

źródło: