Exposé premiera Morawieckiego pokazuje, że sytuacja mocno się zmieniła. Dla PiS-u to będą cztery trudne lata [ANALIZA]


Exposé premiera Morawieckiego pokazuje, że sytuacja mocno się zmieniła. Dla PiS-u to będą cztery trudne lata [ANALIZA]

Polska normalności, a nie Polska skrajności. To właśnie PiS ustami premiera Morawieckiego obiecało Polakom na najbliższe cztery lata. Słowo "normalność" było zresztą odmieniane przez wszystkie przypadki w trakcie trwającego godzinę i piętnaście minut exposé szefa rządu. Przyćmiło nawet "Polskę", która dotychczas była zawsze numerem jeden w tego rodzaju wystąpieniach polityków PiS-u.

Skąd ta nagła zmiana? Heraklit z Efezu powiedział kiedyś, że "jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana". PiS właśnie się o tym przekonuje. Sytuacja partii rządzącej w nowej kadencji jest diametralnie inna, niż była jeszcze półtora miesiąca temu. Skoro okoliczności się zmieniły, PiS musi też zmienić strategię działania. A przynajmniej spróbować.

To my, normalność

Nowy Sejm jest chyba najbardziej reprezentatywnym ze wszystkich, które mieliśmy po '89 roku. Jednocześnie nie jest rozdrobniony jak parlamenty z pierwszej połowy lat 90. Na Wiejskiej znaleźli się wszyscy, od narodowców, przez chadeków, po socjalistów. Do Sejmu po czterech latach wróciła lewica, swoją partię wprowadzili też narodowcy (chociaż w trudnym i wybuchowym sojuszu z Januszem Korwin-Mikkem).

Dla PiS-u to bardzo złe wiadomości. O ile w poprzedniej kadencji partia Kaczyńskiego mogła niezagrożona okupować zarówno pozycje lewicowe społecznie, jak i narodowo-patriotyczne, o tyle w tej kadencji taki manewr już nie przejdzie. Właśnie dlatego, że swoich ludzi na Wiejskiej mają Lewica i Konfederacja. PiS zostało oskrzydlone zarówno z prawej, jak i z lewej strony. Z kolei w centrum niezmiennie biją w nich Koalicja Obywatelska i PSL.

Słowem, wszyscy na jednego. I tak przez kolejne cztery lata. W związku z tym PiS musiało znaleźć jakiś wspólny mianownik dla swoich politycznych przeciwników, jednocześnie siebie stawiając po drugiej stronie barykady jako antidotum na ten problem. W ten sposób dostaliśmy od premiera Morawieckiego dychotomię normalność vs ekstrema.

Rzecz w tym, że szef rządu nie wygłaszał swojego wystąpienia mając czystą polityczną kartę. Na liczniku ma dwa lata za sterami "dobrej zmiany", sporo wpadek i przynajmniej kilka niepopularnych decyzji. W dodatku PiS rozpoczyna drugą kadencję, więc jest obciążone bagażem czterech lat rządzenia. Mówienie o "normalności" w tej sytuacji przypomina politykę "ciepłej wody w kranie" poprzedniej ekipy rządzącej. A jak taka polityka się kończy, wszyscy pamiętamy.

Byle do maja

Nadreprezentacja "normalności" w przemówieniu premiera Morawieckiego ma też związek z trwającą już de facto kampanią prezydencką. Wybory, które odbędą się pod koniec maja przyszłego roku, zdecydują o tym, czy PiS będzie w stanie rządzić do końca kadencji, czy zostanie zmuszone (w przypadku przegranej) do rozpisania wcześniejszych wyborów (przy braku Senatu i utracie prezydenta byłby to scenariusz wielce prawdopodobny).

Wybory prezydenckie w odróżnieniu od innych elekcji nie polegają jedynie na mobilizacji swojego najwierniejszego elektoratu. To głosowanie od zawsze wygrywa (lub przegrywa) się w centrum. Do końca maja PiS jest więc zmuszone odgrywać rolę partii umiaru, dialogu i właśnie normalności. Niezależnie od tego, czy i kto w taką przemianę uwierzy. Bez wyborców centrum Andrzej Duda może zapomnieć o reelekcji, a PiS o spokojnym dokończeniu drugiej kadencji.

To wyjaśnia też, dlaczego w exposé premiera Morawieckiego stosunkowo mało było fragmentów, które mogłyby wywołać wielką polityczną awanturę albo odstręczyć od PiS-u ważne grupy wyborców. Do takiej kategorii można zaliczyć chyba jedynie wypowiedź o podnoszeniu ideologicznej ręki na dzieci i wojnie kulturowej, którą PiS wygra (oczywiście, jeśli opozycja wcześniej ją rozpęta).

Między betonem a opozycją

Wspomniane słowa o obronie dzieci i wojnie kulturowej wpisują się w nieco szerszy obraz, który w swoim przemówieniu nakreślił premier Morawiecki. Chociaż tak naprawdę jest to obraz, który znamy od dawna, bo i od dawna PiS buduje na nim swoją tożsamość i filozofię rządzenia.

Chodzi mianowicie o rodzinę. Rodzinę, tradycję i wartości chrześcijańskie. To te trzy kwestie od dawna są w samym centrum polityki "dobrej zmiany". Pozwalają jej pozycjonować się na scenie politycznej. Są też ukłonem w stronę twardego elektoratu, który jak ognia obawia się "seksualizacji dzieci" przez opozycję i zniszczenia polskiej rodziny na skutek legalizacji związków partnerskich, równości małżeńskiej czy zwłaszcza adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Oba te lęki konsekwentnie w swoich przekazach potęgują prorządowe media, dzięki czemu PiS wciąż zyskuje na zarządzaniu strachem. A skoro coś działa i przynosi kolejne wyborcze zwycięstwa, to trzeba się tego trzymać. Nowogrodzka właśnie to robi.

Wygrażanie szabelką w sprawie ideologizacji dzieci było jednak jedynym momentem wystąpienia szefa rządu skierowanym do tożsamościowych wyborców "dobrej zmiany". Cała reszta exposé skupiała się na chwaleniu osiągnięć minionych czterech lat (nierzadko chwaleniu mocno na wyrost) i ostrożnym kreśleniu planów na następną kadencję.

Wszystko po to, żeby nie zrazić do siebie nikogo. Nie tylko wśród wyborców, ale również w ławach opozycji. Na Nowogrodzkiej doskonale wiedzą, jak kruchą większością PiS dysponuje w Sejmie i jak wiele problemów miał i będzie mieć z koalicjantami, którzy urośli w siłę. Dlatego szabel do sejmowych głosowań PiS nie raz i nie dwa będzie chciało lub musiało szukać w ławach opozycji. Musi więc zacząć odnosić się do swoich politycznych przeciwników w zupełnie inny sposób, niż to miało miejsce dotychczas. Podjąć z nimi znacznie subtelniejszą i przemyślaną grę. A to dla PiS-u zupełnie nowa polityczna rzeczywistość.