Korzystanie z auta elektrycznego w polskich realiach. Oto największe problemy


Korzystanie z auta elektrycznego w polskich realiach. Oto największe problemy

Entuzjastów samochodów elektrycznych w Polsce przybywa. Niestety nie przekłada się to na liczbę kupionych aut napędzanych prądem. Większość z ponad 6000 pojazdów elektrycznych zarejestrowanych i jeżdżących po naszym kraju (stan na koniec czerwca 2019 roku) została zakupiona przez firmy car sharingowe. Pewną część stanowią dealerzy ze swoimi samochodami pokazowymi i testowymi. Klientów prywatnych, tym bardziej takich, którzy nie kupili takiego auta w leasingu brak. Dlaczego tak się dzieje? Głównym powodem jest to, że samochody elektryczne mają w tej chwili zaporowe ceny. Ale to tylko jeden z problemów.

  • Samochody elektryczne są ciche, szybkie, a poruszając się, nie emitują szkodliwych związków do powietrza. Ich ładowanie do pełna z domowego gniazdka trwa aż kilkadziesiąt godzin, ale kosztuje tylko około 6-10 zł
  •  Z końcem czerwca 2019 roku w Polsce zarejestrowane były 752 stacje ładowania, tylko 33 proc. z nich to punkty szybkiego ładowania
  • Projekt dopłat do samochodów elektrycznych stworzony przez Ministerstwo Energii przewiduje wsparcie w maksymalnej wysokości 37 500 zł, ale tylko dla pojazdów elektrycznych do wartości 125 000 zł

Zmieniają się nasze nawyki dotyczące posiadania pojazdu, jesteśmy coraz bardziej skłonni go po prostu używać, nie musimy być jego właścicielem. Nie zmienia to jednak faktu, że kwoty opiewające na kilkaset tysięcy złotych są zbyt wysokie dla statystycznego Polaka, nawet w formie długoterminowego wynajmu. Inne najczęściej opisywane przeszkody to wciąż niezbyt rozwinięta infrastruktura i ograniczony zasięg takich pojazdów. Sprawdziliśmy to w praktyce, używając przez kilka dni samochodu elektrycznego. Mój wybór do testu padł na najnowszy zasilany prądem produkt Mercedesa, nowego SUV-a – model EQC 400 4MATIC.

Dzień pierwszy – poznajemy się z EQC

Samochód jest wielkości modelu GLC i w wielu elementach na nim bazuje. Z zewnątrz wygląda jak normalne auto, jest w zachowawczym srebrnym kolorze i tylko przedni oraz tylny pas świetlny odróżniają go od innych aktualnie produkowanych SUV-ów niemieckiego producenta. Również, kiedy do niego wsiadam, czuję się jak w normalnym samochodzie. Mercedes poza drobnymi szczegółami zaadaptował niemal identyczne wnętrze jak w innych swoich autach.

Z przodu jest przestronnie i wygodnie. Siedzi się wysoko, jak na SUV-a przystało. Do wykończenia użyto ciekawych kolorów i materiałów pochodzących z recyklingu, a także materiałów odnawialnych, takich jak wełna, czy kauczuk. EQC ma ograniczający praktyczność tylnej części tunel środkowy, choć przecież nie ma układu wydechowego i wału napędowego. Tak było po prostu taniej.

Foto: Łukasz Walkiewicz / Business Insider Polska

Auto tuż przed odebraniem było podłączone do ładowarki, mimo to po wejściu do środka na rozbudowanym ekranie widzę zasięg tylko 262 km. Dźwignię zmiany trybów jazdy, umiejscowioną tradycyjnie dla Mercedesa przy kierownicy, ustawiam na D (Drive) i ruszam. Jadę z Warszawy do Otwocka. Zachwycony ciszą, poruszam się bardzo ostrożnie, delikatnie operuję pedałem gazu i chłonę wrażenia. Zegary pokazują zużycie na poziomie 23 kWh/100 km. W samochodzie panuje cisza i słychać tylko szum opon i opływającego nadwozie powietrza.

W tej sytuacji słuchanie muzyki z pomocą pokładowego audio Burmester zyskuje nowy wymiar. Gorszej jakości podmiejskie drogi pokonywane są bez mrugnięcia okiem, z lekkim bujaniem nadwozia, ale dostojnie i z dużą gracją. Czuję, że droga jest nierówna, ale zawieszenie potrafi ją całkiem nieźle filtrować. Mercedes EQC jest bardzo ciężki, waży 2,5 tony i to się czuje, szczególnie na zakrętach.

Tego dnia zrobiłem 75 kilometrów. Auto komunikuje mi, że mogę przejechać jeszcze 237 kilometrów. Wyciągam z bagażnika kable i podłączam samochód do zwykłego gniazdka w podziemnym garażu bloku. Tuż przed snem przychodzi komunikat z aplikacji Mercedes me, że ładowanie zostało przerwane. 

Dzień drugi – gdzie naładować elektryka?

O poranku zjeżdżam windą do garażu. Przy samochodzie leży wyciągnięta z gniazdka wtyczka. Dzwonię do ochrony, która przekazuje mi, że administracja osiedla nakazała wyłączanie samochodów elektrycznych, bo lokatorzy się denerwują, że muszą płacić za ich ładowanie, a ja nie mogę umówić się i zapłacić za prąd, ponieważ nie został w tym celu stworzony cennik. Osiedle jest prawie nowe, pierwsze mieszkania zostały oddane trzy lata temu. Spieszę się, o ładowaniu pomyślę później, wracam do auta i wyjeżdżam z garażu, licząc, że wyświetlane 232 kilometry wystarczą na cały dzień. 

Foto: Łukasz Walkiewicz / Business Insider Polska

Mercedes EQC jest bardzo wygodny w mieście. Dwa elektryczne silniki dają w sumie 408 KM, więc mimo ogromnej masy błyskawicznie startuje ze świateł, a jazda w korku dzięki wygodnej pozycji za kierownicą, ciszy i wydajnej klimatyzacji nie jest taka straszna. W dużych miastach ogromnym plusem jest możliwość parkowania za darmo w strefach, gdzie jest ono płatne oraz możliwość jazdy buspasami. Po całym dniu zostaje mi jeszcze 170 kilometrów do przejechania. Kolejnego dnia wybieram się do Łodzi, a zasięg jest zbyt mały, żeby udało mi się dojechać z Warszawy i wrócić. Czas na szukanie ładowarki

W najbliżej położonej Galerii Mokotów obie ładowarki są zajęte. Jadę pod siedzibę BMW na ulicy Wołoskiej 22a, gdzie stoi ogólnodostępna ładowarka CCS Combo 2 o mocy 50 kW. Jest godzina 19:00, pusto, więc oddycham z ulgą i podłączam auto. Aplikacja w telefonie odbiera sygnał o tym, że samochód jest ładowany, a ja wybieram się do pobliskiego centrum handlowego na zakupy. Po około 40 minutach przychodzi informacja, że samochód jest w pełni naładowany. 

Dzień trzeci – samochód elektryczny oznacza czekanie

Autostradą Wolności jadę do Łodzi. Mercedes EQC jest naładowany, a przewidywany zasięg 320 kilometrów powinien wystarczyć na całą podróż. W Łodzi są ładowarki firmy GreenWay, ale niestety nie znajdują się blisko miejsca, gdzie jestem umówiony. Na autostradzie ostrożnie ustawiam prędkość 120 km/h na tempomacie. Sunę spokojnie prawym pasem często zwalniany przez TIR-y. Mercedes jest ciężki, więc nie robią na nim wrażenia podmuchy wiatru, kiedy wyjeżdżam zza barier dźwiękochłonnych. Aktywny tempomat sam hamuje i przyspiesza, a ja dzięki temu dojeżdżam do celu odprężony.

Foto: Łukasz Walkiewicz / Business Insider Polska

Po powrocie do Warszawy Mercedes pokazuje mi, że bateria naładowana jest w 16 proc. Znów muszę szukać ładowarki. Ponownie jadę pod siedzibę BMW, niestety tym razem spóźniłem się kilka minut. Podjechało carsharingowe BMW i3, a mi pozostaje poczekać godzinę na swoją kolejkę. Nie mam wyjścia, 50 kilometrów to za mało na kolejny dzień, a ja potrzebuję auta. Czekam, czytając książkę, a kiedy już udaje mi się w końcu podłączyć samochód, znów zmuszony jestem zagospodarować sobie ten czas. Kolejna wycieczka do centrum handlowego staje się nieunikniona. Po około 2 godzinach aplikacja informuje mnie, że auto jest naładowane. 

Dzień czwarty – elektryczny Mercedes jest szybki, ale ociężały

Wyjeżdżam z Warszawy do Serocka. Nawigacja z aplikacją Live Traffic podpowiada mi jak uniknąć korka na Trasie Toruńskiej, a potem gładko prowadzi do celu. Z Serocka jadę do Otwocka, a potem wracam do Warszawy. Mercedes odpręża przy spokojnej jeździe, ale kiedy potrzebuję, pozwala błyskawicznie wyprzedzić inne auto na trasie. Jedną z większych zalet samochodu elektrycznego jest natychmiastowo dostępna pełna siła napędowa.

Największe wrażenie robi przyspieszenie od 0 do 100 km/h. Trwa około 5 sekund i dosłownie wbija w fotel. Mimo rewelacyjnych osiągów Mercedes EQC nie prowadzi się sportowo. Przy szybkim wejściu w łuk na trasie auto na moment niebezpiecznie uślizguje się na wszystkich czterech kołach, a ja oblewam się zimnym potem. Systemy kontrolujące trakcję zadziałały, ale ta sytuacja pokazuje, że ten 2,5 tonowy mastodont, to raczej komfortowy samochód do spokojnego przemieszczania się niż żwawy sportowiec.

Foto: Łukasz Walkiewicz / Business Insider Polska

Po powrocie do Warszawy na wszelki wypadek przed weekendem (według danych z wyświetlacza zostało 150 kilometrów do przejechania) udaję się prosto do wykorzystywanej wcześniej ładowarki. Tym razem mam szczęście i bez kolejki podłączam samochód. W oczekiwaniu przeglądam internet w pobliskiej kawiarni. Po 40 minutach mogę w końcu wrócić do domu.

Dzień piąty – elektryk zostaje na parkingu

Dziś Mercedes zostaje na parkingu, a ja wybieram własne nogi. Samochody elektryczne są wspaniałe, ale po całym tygodniu jeżdżenia i załatwiania różnych spraw pragnę trochę odpocząć nawet od nowoczesnej, elektrycznej i teoretycznie ekologicznej motoryzacji.

Dzień szósty – EQC i praktyczność

Postanowiłem połączyć przyjemne z pożytecznym. W Mercedesie EQC składam tylną kanapę i pakuję tam swój rower górski. Bagażnik nie jest olbrzymi, ale rower mieści się bez większych problemów. Jadę do podwarszawskiej mekki cyklistów.

Foto: Łukasz Walkiewicz / Business Insider Polska

Miejscowości Gassy, Obory i Czernidła oferują dobry asfalt, mały ruch i piękną przyrodę dookoła. Nieopodal płynie Wisła, a chętni mogą przeprawić się na drugą stronę rzeki promem. W komforcie dojeżdżam do celu, bezszelestnie mijając jadących na rowerach, zostawiam auto przy trasie, a potem przejeżdżam kilkadziesiąt kilometrów rowerem.

Foto: Łukasz Walkiewicz / Business Insider Polska

Tego dnia zrobiłem Mercedesem około 30 kilometrów bardzo spokojnym, relaksującym tempem. Zasięg spadł niemal niezauważalnie. Niestety wszystko, co dobre szybko się kończy, kolejnego dnia samochód musi wrócić do siedziby Mercedesa.

Jaka będzie przyszłość samochodów elektrycznych

Mercedes w podstawowej wersji kosztuje 328 300 zł. Dziś raczej nikt nie kupuje tak drogich aut za gotówkę, potencjalny kupujący wybierze zapewne jakąś formę nowoczesnego leasingu. Ministerstwo Energii stworzyło projekt dopłat do samochodów elektrycznych, ale po pierwsze obejmuje on osoby fizyczne, po drugie maksymalna wartość dofinansowania to kwota 37 500 zł (30 proc. wartości auta), co sprawia, że samochód nie będzie mógł kosztować więcej niż 125 000 złotych. Tym samym Mercedes EQC i wiele innych elektrycznych aut dostępnych na polskim rynku, nie zyskają koniecznego wsparcia w sprzedaży w Polsce. 

Foto: Łukasz Walkiewicz / Business Insider Polska

Elektryczne pojazdy stanowią wciąż ułamek sprzedaży na polskim rynku i nic nie zapowiada, że to się zmieni. Co prawda przy dzisiejszych cenach prądu naładowanie do pełna samochodu elektrycznego z domowego gniazdka to koszt około 6-10 złotych, ale drugą stroną medalu jest to, że te nowoczesne pojazdy są niebotycznie drogie i mimo rosnącej liczby stacji ładowania, wciąż niezbyt praktyczne. Producenci dość wymijająco tłumaczą się wprowadzaniem nowych technologii i wysokimi kosztami pozyskiwania surowców do produkcji akumulatorów.

Takie pojazdy muszą być jednak produkowane, ponieważ marki samochodowe muszą wypełnić coraz wyższe normy spalin, a elektryczne modele pozwalają obniżyć średnią. Nawet spore zwiększenie sprzedaży aut na prąd w Polsce nie poprawi jednak jakości powietrza w miastach, ponieważ motoryzacja nie jest głównym powodem takiej sytuacji.

Głównych trucicieli trzeba szukać w innych miejscach. W naszym kraju za nieczyste powietrze odpowiadają stare, nieekologiczne kotły, palenie śmieci i niskiej jakości węgla, oraz nieprzestrzeganie norm emisyjnych przez zakłady produkcyjne.

Po kilku dniach używania samochodu elektrycznego widzę wyraźnie, że przyjemność jeżdżenia takim pojazdem okupiona jest wieloma niedogodnościami, a rzeczywistość wciąż nie nadąża za postępem technologicznym.

WARTO WIEDZIEĆ: