Masakry w USA. Dlaczego w sprawie broni nic się tam nie zmieni?


Masakry w USA. Dlaczego w sprawie broni nic się tam nie zmieni?


Mordowanie przypadkowych, Bogu ducha winnych ludzi w szkołach, centrach handlowych, na festiwalach czy pod barami to amerykański sport narodowy. Nie wiadomo, ile by po każdej z takich tragedii nie wylano łez, ile nie wzniesiono okrzyków oburzenia i ilu pośrednio winnych na szczytach władzy by nie wskazano, zawsze kończy się to tak samo: mija kilka tygodni, miesięcy, czasem nawet lat i pojawia się kolejny pretendent do wątpliwej, ale na pewno pociągającej sławy masowego mordercy. Żyję już dość długo, by pamiętać dobrze powtarzane przy każdej takiej okazji rytuały.



Bezpośredni sprawcy nigdy nie są sami winni, zawsze są wytworem jakiś szerszych procesów. Dzieciaki mordujące się nawzajem w szkolnych strzelaninach mają więc być owocem moralnej zapaści amerykańskiego społeczeństwa, albo, z zupełnie innych pozycji, ofiarami fascynacji przemocą, podsycanej przez wszechpotężną popkulturę. Faceci, polujący z legalnie kupionymi automatami na rodaków meksykańskiego pochodzenia, kupujących dzieciom wyprawki przed rozpoczęciem roku szkolnego to z kolei owoce ksenofobicznej retoryki administracji Donalda Trumpa. A wszyscy oni, niezależnie od motywacji, są patologią, zrodzoną z przekonania, że miarą wolności człowieka w USA jest możliwość zakupienia karabinu maszynowego, trzymania go w domu i ewentualnie zrobienia z niego użytku za każdym razem, gdy komuś coś pójdzie nie tak. Albo np. uzna, że świat stanie się lepszy, jeśli wyładuje swoją frustrację i magazynek w latynosów, czarnych, przypadkowych przechodniów lub kolegów z równoległej klasy.


Naparzanka prawicy z lewicą



Za każdym razem, po pierwszym szoku, zwielokrotnionym przez moc sieci społecznościowych, mamy też do czynienia z użyciem pamięci o ofiarach do politycznej naparzanki prawicy z lewicą. Jej zaciekłość jest wprost proporcjonalna do jej jałowości, co czyni całą ponurą zabawę na cudzych grobach jeszcze bardziej zaciekłą.



Bo gdyby było tak, że kolejne masowe mordy mają moc zmieniania prawa w Ameryce i ograniczenia dostępu do broni palnej, to już dawno nie można by w żadnym sklepie w Stanach kupić broni zdolnej wypluć z siebie kilkadziesiąt pocisków na minutę. Tak niestety nie jest.



Republikanie, których baza wyborcza to mieszkańcy tradycyjnych regionów, gdzie prawo do trzymania karabinu w domu jest równe z wiarą w Boga i siłę amerykańskiej demokracji, nie robią tego z oczywistych względów. Ale przecież także demokraci, którzy chętnie obnoszą się z planami restrykcji wobec miłośników broni nigdy, nawet w czasach, gdy kontrolowali Biały Dom i mieli większość w Kongresie, nie porwali się na realizację swoich światłych planów.



Powodów jest kilka. Pierwszy jest taki, że takie prawo niełatwo jest narzucić. Już sam fakt, że cała wielka amerykańska dyskusja o usunięciu broni palnej ze sklepów nie dotyczy każdej broni a tylko tej maszynowej, wiele mówi o generalnym podejściu obywateli polityków do tego problemu. Powtórzę: mówimy tylko o wycofaniu ze sklepów karabinów, których w Europie używają tylko żołnierze. O pomyśle odebrania Amerykanom pistoletów czy strzelb nie pomyśli w USA żaden polityk przy zdrowych zmysłach. To pachniałoby naruszeniem konstytucji, nad której przestrzeganiem czuwa Sąd Najwyższy. obsadził go ostatnio konserwatywnymi sędziami, pilnującymi republikańskiej wykładni tematu: a brzmi ona tak, że nie ma różnicy, czy kupujemy sześciostrzałowy rewolwer do obrony własnej, czy wojskowy karabin M-16, zdolny wypluwać z lufy kilkadziesiąt pocisków na minutę.



Nawet gdyby politycy byli tak szaleni, żeby się na taką decyzję porywać, to w senacie do ewentualnych zmian prawa potrzeba nie zwykłej większości 50 procent plus jeden głos, ale zgody aż 60 na 100 senatorów. Nawet w najlepszych latach dominacji demokratów nie udało się zebrać nie więcej niż 54 głosy poparcia.



Bo wpływowa organizacja zwolenników posiadania broni, National Riffle Association, lobbująca na rzecz jak najszerszego dostępu do pistoletów i karabinów ma swoich zwolenników w obu partiach. Są oni zdyscyplinowani i zawsze głosują zgodnie z wolą NRA. Ich lojalność nigdy nie słabnie, w przeciwieństwie do determinacji przeciwków prawa do posiadania broni. Sondaże pokazują, że są oni w USA w większości. Jest to jednak większość pozorna. Przeciwnicy broni bardzo mobilizują się po każdej krwawej masakrze z użyciem broni palnej. Jak jutro sondażownie amerykańskie zapytają Amerykanów o zdanie na temat ograniczenia dostępu do karabinów, to pod wpływem strzelanin w El Paso i Dayton też pewnie większość będzie za. Ta determinacja jest jednak równie sezonowa jak sam fenomen masowych mordów w USA. Niezależnie więc od ożywionej, nawet ostrej dyskusji, jakie mordy te za każdym razem wywołują, jedyne, co jest w tej sprawie pewne, to to, że będą następne. Mordy a także następujące po nich kolejne dyskusje.



Czytaj także:
Następna strzelanina w USA. Tym razem w barze w Dayton. Nie żyje dziesięć osób