Sąd: Kamil Durczok nie został aresztowany, bo nie wykazano obawy, że będzie mataczył


Sąd: Kamil Durczok nie został aresztowany, bo nie wykazano obawy, że będzie mataczył

Decyzję o niezastosowaniu aresztu tymczasowego wobec Kamila Durczoka Sąd Rejonowy Katowice-Wschód podjął w zeszłym tygodniu w nocy z wtorku na środę. O areszt wnioskowała Prokuratura Regionalna w Katowicach, po tym jak Durczok został zatrzymany, usłyszał zarzuty i złożył wyjaśnienia w sprawie podrobienia dokumentów (m.in. weksli podpisanych przez jego byłą żonę) dotyczących kredytu bankowego w wysokości prawie 3 mln zł.

Durczok przyznał się do podrobienia weksla



Kamil Durczok w poniedziałek po południu został zatrzymany i doprowadzony przez Centralne Biuro Śledcze Policji do siedziby katowickiej prokuratury. W poniedziałek i wtorek składał wyjaśnienia.



- Czynności te mają na celu przedstawienie mu zarzutu związanego z podrobieniem weksla i dokumentów towarzyszących zabezpieczeniu kredytu hipotecznego na blisko 3 mln zł, który został zawarty w sierpniu 2008 r. Po wykonaniu czynności z udziałem podejrzanego prokurator podejmie dalsze decyzje, co do ewentualnego zastosowania środków zapobiegawczych - opisała Agnieszka Wichary, rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Katowicach.



>>> Praca.Wirtualnemedia.pl - tysiące ogłoszeń z mediów i marketingu



Postępowanie w tej sprawie Prokuratura Regionalna w Katowicach prowadzi od lipca br. po zawiadomieniu o podejrzeniu popełnienia przestępstwa złożonym przez pełnomocników Marianny Dufek, byłej żony Kamila Durczoka. Chodzi o weksle złożone przez Durczoka w 2008 roku jako zabezpieczenie kredytu na zakup nieruchomości. Jeden z nich opiewa na 2,03 mln franków szwajcarskich, a drugi na ponad 300 tys. zł. W dokumentach dziennikarz zobowiązał się, że w razie niespłacania kredytu 5 lipca 2019 roku uiści na rzecz banku całą wskazaną kwotę. Jako poręczająca wskazana została Mariannę Dufek, na obu dokumentach jest jej podpis.



W lipcu bank na podstawie weksla skierował do Dufek wezwanie do zapłaty. Wtedy kobieta złożyła zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, a w zeznaniach podkreśliła, że nie była obecna przy sporządzaniu weksli i nie podpisywała ich, a przed otrzymaniem pisma z banku nie wiedziała w ogóle, że te dokumenty zostały wystawione.



Część mediów, m.in. Wirtualna Polska i „Super Express” podały, że Durczok przyznał się do podrobienia podpisu na wekslu z sierpnia 2008 roku, a także sfałszowania innych dokumentów związanych z wekslem, m.in. deklaracji wekslowej i oświadczenia o podaniu się egzekucji bankowej. Natomiast nie przyznał się do oszustwa w kwocie 2,9 mln zł na szkodę banku, który udzielił mu kredytu.



Zgodnie z art. 310 par. 1 Kodeksu karnego porobienie podpisu „podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 5 albo karze 25 lat pozbawienia wolności”.



Prokuratura potwierdziła jedynie, że Durczok złożył obszerne wyjaśnienia i przyznał się do podrobieniu weksla stanowiące zabezpieczenie kredytu, przy czym umniejszał tę rolę. - Wskazywał na zachowanie banku podczas podpisanie kredytu oraz na rolę poręczyciela tego kredytu, a tym samym osoby, która miała się podpisać na tym wekslu - stwierdziła

Agnieszka Wichary.



Sąd ocenia, że Durczok nie będzie mataczył



W poniedziałek Sąd Rejonowy Katowice-Wschód wydał postanowienie swojej decyzji oddalające wniosek o aresztowanie Kamila Durczoka. W piśmie stwierdził, że prokuratura w swoim wniosku powołała się na przepisy o warunkach, w których można zastosować areszt tymczasowy, dodając jedynie krótko, że „musi wykonać dalsze czynności procesowe z osobowych źródeł dowodowych”.



Według sądu podstawą do zastosowania takiego aresztu powinna być obawa, że podejrzany będzie mataczył, a tej nie wykazano we wniosku prokuratora. Zwrócił uwagę, że informacje o złożeniu przez byłą żonę Kamila Durczoka zawiadomienia o podejrzenia przestępstwa związanego z wekslami pojawiły się w sierpniu i nie stwierdzono, żeby Durczok od tego czasu próbował mataczyć.



- Powaga zarzucanego podejrzanemu czynu jest bezdyskusyjna, ale brak rzeczowego uzasadnienia dla wykazania obawy matactwa i to występującej w takim stopniu natężenia, konkretnej i realnej, że tylko tymczasowe aresztowanie jest w stanie zabezpieczyć dalszy tok śledztwa - argumentował sąd.



Zauważył też, że gdyby wysokość grożącej kary była jedyną przesłanką do aresztu tymczasowego, należałoby aresztować wszystkie osoby z zarzutami, za które grozi odpowiednio długie więzienie, a tak się nie dzieje.



W uzasadnieniu zaznaczono, że prokuratura we własnym zakresie może ustanowić inne środki zapobiegawcze wobec Kamila Durczoka, np. zakaz opuszczania kraju lub poręczenie majątkowe.



Prokuratura odwoła się od decyzji sądu



Karol Rużyło i Michał Ciupa, pełnomocnicy prawni Kamila Durokcza, w zeszłym tygodniu stwierdzili w oświadczeniu, że decyzję sądu odebrali z szacunkiem i zadowoleniem. - Jedynym, co chcemy podkreślić, jest okoliczność, że sprawa ma o wiele bardziej złożony charakter niż przekaz wynikający z dotychczasowych doniesień medialnych, co dostrzegł i podkreślił Sąd orzekający w przedmiocie wniosku o zastosowanie tymczasowego aresztowania - napisali.



Nie skomentowali treści materiału dowodowego, który zebrała prokuratura, ani nie ujawnili, jak do postawionych mu zarzutów odniósł się Durczok. - Chcemy wyraźnie zaznaczyć, że nasz Klient złożył obszerne i szczegółowe wyjaśnienia oraz deklaruje gotowość odniesienia się do wszelkich pozostałych, istotnych okoliczności sprawy oraz aktywnego udziału we wszystkich czynnościach postępowania - stwierdzili.



Natomiast Prokuratura Regionalna w Katowicach oceniła, że decyzja sądu o niezastosowaniu aresztu wobec Kamila Durczoka jest „nieracjonalna i niezrozumiała”. Zarzucili sądowi, że przyznał Durczokowi „immunitet celebryty”, co może mieć negatywny wpływ na dalsze postępowanie. Agnieszka Wichary stwierdziła, że w ramach tego postępowania przede wszystkim weryfikowane będą wyjaśnienia, które złożył Durczok.



Prokuratura zapowiedziała, że złoży zażalenie na decyzję sądu.



W lipcu Durczok jechał po pijanemu, ma zarzuty



26 lipca Kamil Durczok spowodował kolizję na autostradzie A1 w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego. Był pijany, w wydychanym powietrzu miał 2,6 promila alkoholu, a we krwi miał śladową ilość substancji psychotropowych.



Dziennikarz został zatrzymany przez policję usłyszał dwa zarzuty: prowadzenia samochodu w stanie nietrzeźwości oraz wywołania bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym. Po wytrzeźwieniu został przesłuchany przez prokuratora, przyznał się tylko do jazdy po pijanemu.



Sądy obu instancji oddaliły wniosek prokuratury o tymczasowe aresztowanie Durczoka. Wyznaczono inne środki zapobiegawcze wobec dziennikarza: poręczenie majątkowe (Sąd Apelacyjny podwyższył je z 15 do 100 tys. zł), dozór policyjny i zakaz opuszczania kraju.



Trzy dni kolizji, zaraz po posiedzeniu sądu pierwszej instancji rozpatrującego wniosek o jego tymczasowe aresztowanie, Kamil Durczok wygłosił krótkie oświadczenie, zezwalając na publikację w mediach swojego wizerunku w kontekście sprawy.



- Bardzo, bardzo wszystkich przepraszam. Wszystkich, którzy we mnie wierzyli i mi ufali. To są dla mnie bardzo trudne dni. Mam pełną świadomość, że to, co się wydarzyło, jest karygodne. Ani przez moment nie zaprzeczałem faktom , które zgromadziła policja i prokuratura - stwierdził. - Pozostaje mi przeprosić widzów, internautów, czytelników. Przede wszystkim chciałbym przeprosić moich najbliższych, bo zostali narażeni na infamię, cierpienia, na które w najmniejszym stopniu nie zasłużyli - dodał.



Według ustaleń „Super Expressu” w czasie przesłuchania w prokuraturze Durczok poinformował, że wracał samochodem z Władysławowa, gdzie przez cztery dni pili z bratem różne alkohole. Zaraz przed wyjazdem wypił jeszcze dwa piwa.



Podał też powody kilkudniowego pijaństwa: długi spór sądowy z tygodnikiem „Wprost”, trudny rozwód z żoną oraz problemy zdrowotne, wskutek których w połowie lipca przez kilka dni miał być hospitalizowany, ponadto brał leki na serce. - Szukałem rozluźnienia w alkoholu. Całe moje życie legło w gruzach. Moja psychika jest w rozsypce - powiedział Durczok. Przyznał, że zdaje sobie sprawę z konsekwencji jazdy po pijanemu. - To mój największy błąd, bardzo mi wstyd. Jestem świadomy końca kariery - stwierdził.



Durczok wygrał i przegrał z „Wprost” w sądzie, zamknął Silesion.pl



Procesy sądowe Kamila Durczoka z „Wprost” (wydawanym przez PMPG Polskie Media) dotyczą publikacji tygodnika z lutego 2015 roku. W kilku tekstach zarzucono Durczokowi mobbingowanie i molestowanie podlegających mu pracowników „Faktów” (głównie kobiet), powołując się na anonimowych informatorów. W jednym artykule opisano pobyt dziennikarza w mieszkaniu znajomej, w którym interweniowała policja, a na zdjęciach pokazano jego rzeczy osobiste.



Po publikacji pierwszego z tych tekstów TVN powołał komisję wewnętrzną, która po rozmowach z wieloma pracownikami ustaliła, że w redakcji „Faktów” były trzy przypadki stosowania mobbingu i molestowania. Nie wskazano, że sprawcą był Kamil Durczok, ale jednocześnie za porozumieniem stron rozwiązano z nim umowę, a poszkodowanym zapłacono rekompensatę.



Durczok w pozwie przeciw wydawcy i dziennikarzom „Wprost” domagał się przeprosin i 2 mln zł odszkodowania. W procesie jako świadkowie zeznawało wielu obecnych i byłych pracowników TVN, m.in. dziennikarze oraz Adam Pieczyński, członek zarządu firmy kierujący pionem informacyjnym.



W maju ub.r. Sąd Okręgowy w Warszawie w całości oddalił pozew Duczoka „Wprost” poinformował o tym w artykule promowanym na okładce, zaznaczając, że w trakcie procesu była pracownica TVN potwierdziła, że dziennikarz proponował jej seks, przy czym użył nieco innych słów niż te zacytowane w artykule tygodnika. - Sąd dał jej wiarę, bo uznał (na podstawie raportu komisji TVN oraz zeznań innych świadków), że Durczok w podobnie niestosowny sposób zachowywał się także wobec innych pracownic - zaznaczono w tygodniku.



Kamil Durczok wygrał natomiast proces dotyczący artykułu o pobycie w mieszkaniu znajomej. W pozwie domagał się publikacji przeprosin na okładce tygodnika i trzech kolejnych stronach „Wprost” oraz 7 mln zł zadośćuczynienia. W maju 2016 roku Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł o zamieszczeniu przeprosin we wskazanej formie i zapłacie 500 tys. zł. Wydawca tygodnika złożył apelację, a sąd drugiej instancji w kwietniu ub.r. utrzymał wyrok w zakresie przeprosin, obniżając kwotę zadośćuczynienia do 150 tys. zł.



W lutym br. „Wprost” zamieścił przeprosiny w zasądzonej formie. Przy czym tygodnik ukazał się z podwójną pierwszą stroną, na drugiej zamiast przeprosin pojawiło się pytanie do Durczoka: „Sąd ustalił: Molestował! Dlaczego nie przeprasza ofiar?”.



- Tak się kończą kłamstwa i oszczerstwa. Oczywiście WPROST już wyje i tłumaczy, że przeprasza ale nie przeprasza, bo inny proces wygrał. Niczego nie wygrał! - skomentował to Kamil Durczok na Twitterze. - Więcej: to smutna wiadomość - Wprost nie rozróżnia wyroku prawomocnego od nieprawomocnego. Ale ich musi boleć - dodał.



W TVN Kamil Durczok pracował w latach 2006-2015, wcześniej przez 13 lat był związany z Telewizją Polską. W obu firmach prowadził najważniejsze programy informacyjne i niektóre publicystyczne, w TVN był dodatkowo szefem „Faktów”.



Po rozstaniu z tym nadawcą i upływie 1,5-rocznej okresu zakazu konkurencji Durczok uruchomił swój serwis internetowy Silesion.pl dotyczący głównie regionu śląskiego. Początkowo w redakcji pracowało ponad 20 osób, zapowiadano relacje z wykorzystaniem dronów. Na początku kwietnia br. serwis przestał być aktualizowany, a pod koniec miesiąca definitywnie zniknął z sieci. Eksperci z branży internetowej komentowali dla Wirtualnemedia.pl, że prawdopodobnie przy sporych kosztach bieżących nie osiągał odpowiednich wpływów reklamowych, bo nie przyciągnął internautów na stałe ciekawymi treściami.