Testujemy Disney+



Disney+ było hitem już od momentu, gdy zostało zapowiedziane. Jedna platforma, na której można znaleźć wszystkie filmy i seriale klasycznego Disneya, Pixara, Marvela, Star Wars i National Geographic, to istna kopalnia contentu. Opasła biblioteki tytułów, które zalegały gdzieś na pułkach wytwórni Disneya. Holendrzy od dzisiaj dostali dostęp do testowej wersji platformy. Nie jest ona jeszcze wypełniona po brzegi tytułami, ale to, co użytkownicy dostali na start, w pełni wystarcza, by zobaczyć, czego można się po Disney+ spodziewać.


Gdy tylko się zalogujemy, mamy możliwość podzielenia naszej platformy na kilka kont, podobnie jak na  Netflixie. Dzięki temu każdy z użytkowników będzie otrzymywał rekomendacje na podstawie tego, co ostatnio oglądał. Algorytm działa identycznie jak u konkurenta. Do tego wygląd interface'u jest też bardzo podobny do tego Netflixowego. Jak rozumiem, jest on bardzo funkcjonalny, więc nie ma potrzeby go zmieniać. Zresztą większość osób korzystających z serwisów streamingowych jest klientami Netflixa, więc to logiczne, że Disney+ będzie chciał ich do siebie przyciągnąć podobnym wyglądem, by czuli się swobodnie i nie musieli się od nowa uczyć tego, jak trzeba się po nim poruszać.


foto. naEKRANIE.plfoto. naEKRANIE.pl

Czas na zapoznanie się z zasobami biblioteki tej nowej platformy. A co tam jest? Na start dostajemy możliwość wybierania pomiędzy pięcioma katalogami. Pierwszy to Disney, w którym mamy kilkanaście katalogów, jak chociażby It’s A Pirate’s Life For Me ze wszystkimi filmami o piratach czy Mickey Through The Years, gdzie możemy na animacjach obserwować ewolucję Myszki Mickey.


foto. naEKRANIE.plfoto. naEKRANIE.pl

Następny katalog to Pixar. Tu znajdziemy zarówno wszystkie pełnometrażowe produkcje tego studia, jak i bogatą listę krótkich metraży.


Disney+ katalog Pixarafot. naEKRANIE.pl

Trzeci katalog to Marvel. I tu chyba największe zaskoczenie, bo już na starcie dostajemy dostęp do takich animacji jak wyprodukowanej w 1979 roku Spider-woman czy też tytułów jak Spidermano oraz Spider-Man and his Amazing Friendsz 1981. Choć fanów Marvela najbardziej chyba uciszy dostęp do serii animacji stworzonych w latach 90. Jak X-men, Hulk, Iron-Man czy Silver Surfer. Są też nowsze produkcję jak choćby Marvel Rising Secret Warriors czy Rocket&Groot. No ale nie samymi animacjami człowiek żyje. Wszyscy, którzy mieli Showmax i wciągnęli się w serial Runaways mogą być spokojni, jest on dostępny w bibliotece Disney+. Tak samo jak mniej lubiane Inhumans, Agentka Carter czy Agenci Tarczy. Nie znajdziemy tu jednak Cloak & Dagger, przynajmniej na razie.


Katalog Marvela w Disney+fot. naEKRANIE.pl

Czwartym katalogiem są Star Wars. I tu od razu muszę powiedzieć o moim rozczarowaniu. Brak bowiem na liście takich tytułów jak Star Wars Holiday Special, Ewoks: The Battle for Endor czy animowanej wersji Clone Wars wykonanej przez Tartakovsky’ego dla Cartoon Network. To moim zdaniem spore niedopatrzenie, które mam nadzieje zostanie poprawione, gdy platforma ruszy pełną parą w listopadzie. Na razie fani Gwiezdnych Wojen znajdą tu wszystkie pełnometrażowe części, wiele produkcji Lego oraz wszystkie animacje wykonane dla kanału Disney XD nawiązujących do nowego kanonu.


foto. naEKRANIE.plfoto. naEKRANIE.pl

Ostatni katalog to National Geographic na którym znajdziemy najlepsze dokumenty tej stacji.


Katalog National Geographic Disney+fot. naEKRANIE.pl

Jednak oprócz tych głównych katalogów twórcy Disney + przygotowali nam jeszcze podkatalogi, których zawartość jest imponująca. Moją uwagę przykuło Disney Through the Decades, gdzie wszystkie animacje zostały podzielone na rok ich powstania. I tak w 1930 znajdziemy m.in. pierwszy film pełnometrażowy Disneya, czyli Królewnę Śnieżkę oraz takie krótkie metraże jak Trzy świnki czy Lonesome Ghosts. Następnie mamy produkcje z 1940, 1950,1960, 1970, 1980, 1990, 2000 i 2010. Jest tutaj tyle produkcji, o których widzowie już dawno zdążyli zapomnieć, że podczas przeglądania katalogu kilka razy przecierałem oczy ze zdumienia. Nie ma co ukrywać, jest to kopalnia wiedzy popkulturowej. Znajdziecie tu wiele tytułów, które nie ukazały się na DVD lub są na tych nośnikach trudno dostępne.


foto. naEKRANIE.plfoto. naEKRANIE.pl

Mnie najbardziej interesowały seriale animowane, które w TVP leciały w weekendy jako wieczorynki czy część bloku zatytułowanym Walt Disney Przedstawia. Nie znalazłem tu Gumisiów, Douga, Kapitana Baloo czy Bonkersa, ale są za to stare Kacze Opowieści, Brygada RR, Darkwing Duck czy Gargulce.


Podoba mi się też oddzielny katalog na wszystkie produkcje posiadające obraz w jakości 4K. Nie musimy sprawdzać oddzielnie, czy dana produkcja spełnia te parametry. To bardzo ułatwia wybór. Do tego część filmów posiada podstronę z dodatkami, które normalnie były dotąd dostępne tylko w wydaniach DVD i Blu-ray, co oznacza, że pewnie duża rzesza osób przestanie kupować te nośniki.


Platforma posiada także dość długi czas ładowania filmu, który chcemy oglądać. Nie dzieje się to tak szybko jak w przypadku Netflixa czy Prime Video. Użytkownicy muszą odczekać kilka sekund, nim na ekranie wyświetli im się wybrany tytuł. Zauważyłem również, że nie ma trybu automatycznego odtwarzania następnego odcinka serialu. Gdy jeden się kończy, zostajemy przeniesieni do menu głównego. Podczas gdy lecą napisy końcowe, nie dostajemy wyboru rozpoczęcia następnego odcinka. Nie pojawia się też żadna rekomendacja innej podobnej produkcji godnej wyboru.


Disney+ wybór języka i napisówfoto. naEKRANIE.pl

Niestety, muszę na razie wszystkich zmartwić tym, że żadna z produkcji nie ma ani polskich napisów, lektora czy dubbingu. Na pewno ulegnie to zmianie i w dniu premiery światowej nasz język już będzie dodany. Zwłaszcza że większość produkcji posiada przecież znakomity polski dubbing.

Pierwsze wrażenie po spędzeniu kilku godzin z Disney+ jest bardziej niż pozytywne. Na start wersji testowej dostajemy bardzo dużo contentu, którego nie da się w całości obejrzeć do 12 listopada, kiedy to odbędzie się prawdziwa premiera platformy. Do tego duża część produkcji została poddana obróbce cyfrowej, by lepiej prezentować się na dużych telewizorach i monitorach HD. Netflix i HBO GO mają się czego obawiać i dobrze, bo konkurencja zawsze powoduje, że jakość usług rośnie i my jako konsumenci mamy większy i lepszy wybór.


Czekamy na premierę w Polsce!



Źródło: zdjęcie główne: naEKRANIE.pl